• Wpisów:2732
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:wczoraj, 02:04
  • Licznik odwiedzin:315 859 / 3096 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
"Don't go look at me with that look in your eye
You really ain't going away without a fight
You can't be reasoned with, I'm done being polite
I've told you one, two, three, four, five, six thousand times
Haven't I made it obvious?
Haven't I made it clear?
Want me to spell it out for you?
F-R-I-EN-D-S"
(Marshmello & Anne Marie - "Friends"


Miałam dylemat: czy wrzucić wpis na bloga czy pograć w COD. Wygrała jednak chęć podzielenia się rozkminą, która siedzi mi w głowie od dawna. Temat zaczął się od głupiego pierdolenia pewnego pajaca, który wszystkich ludzi mierzy swoją (raczej krótką) miarką.

O co chodzi?
Może na początek zadam wam pytanie: wierzycie w przyjaźń damsko-męską?
Ja wierzę, o czym nie raz tu pisałam. Od zawsze wolałam męskie towarzystwo i jakoś lepiej dogadywałam się z facetami. Nie oznacza to tego, że nie umiem się dogadać z dziewczynami, bo umiem i mam trzy najwspanialsze Przyjaciółki, które są naprawdę zajebistymi kobitkami. Kiedyś się przewijały jakieś pseudo-psiółki, ale w pewnym momencie życie postanowiłam dla własnego spokoju i higieny psychicznej pozbyć się takich wampirów energetycznych. Bo są fałszywe, nigdy nie powiedzą co mają na myśli, kombinują, kręcą, zawracają dupę, robią szum wokół czegoś, nadskakują, dzwonią "co u ciebie kochana", żeby w ostatniej chwili powiedzieć "sorry jednak cmoknij mnie w dupe".

Ale z facetami też się przyjaźnię, bo wg mnie można zbudować stricte platoniczną relację międzypłciową (może dlatego, bo nie jestem dla żadnego z moich kumpli obiektem erotycznym xD).

Z przyjaźnią damsko-męską jest taki problem, że ciężko jest ją zaszufladkować. Brat mi to kiedyś tak tłumaczył, że koleżanka to taka kobieta, której by nie chciał zaliczyć, a przyjaciółka to taka, z którą zrobiłby to bardzo chętnie (dlatego my umownie nazywamy siebie rodzeństwem, żeby ludzie sobie głupio nie myśleli). Bo wyobraźmy sobie taką sytuację: twój przyjaciel przedstawia cię swoim kolegom i mówi "To moja przyjaciółka". Co myślą koledzy? "Aaa czyli pewnie się pukają bez zobowiązań." Serio? Tylko to można robić z kobietami? A rozmawiać, pić piwo, opowiadać wulgarne dowcipy to już nie?

Żeby nie było, że tylko mężczyźni tak to postrzegają: co myślą inne baby o dziewczynie, która lubi męskie towarzystwo? "Puszczalska, pewnie szuka bolca".

A jeśli zajęta dziewczyna ma kumpla/przyjaciela, z którym czasem się spotka, pogawędzi, popisze. Łoooo to już pewnie ma romans, jebie swojego faceta po rogach i chuj wie co jeszcze. W oczach niektórych pajaców to już nie zwykłe kumplowanie się, tylko jakaś "niezdrowa zażyłość".

Zauważyłam, że niektórym facetom strasznie to przeszkadza. Może to przez zazdrość, bo trzymani na smyczy nie mogą się przyjaźnić z kobietami. A może przez ich płytkie myślenie, że kobieta jest tylko do ruchania. Chuj z nimi, niech sobie myślą co chcą, tylko po co wpierają innym na siłe swoje chore racje? Żaden głupi kutas nie będzie mi dyktować co mam robić, co mi wolno, a co nie.

Strasznie to krzywdzące. Przecież to, że mój najlepszy przyjaciel wyśle mi serduszko na msg albo napisze, że jestem krasawica 11/10 nie znaczy, że chce mnie odbić mojemu Narzeczonemu. A to, że kumpel ze mną zatańczy na dyskotece nie znaczy, że chce mnie przelecieć.
Ja im ufam i wiem, że nie mają złych intencji.
Ludzie! Trochę dystansu!

----------------------------------------------------------------------------------------------------
A jak już w temacie przyjaźni jesteśmy... Ze mną to chyba ciężko się przyjaźnić, bo jestem introwertyczką jak napisał mi dzisiaj Bąbel, no i "wrednym chujem" jak twierdzi mój Brat. Swoją drogą Brat też jest wrednym chujem, to się nawet lubimy, zwłaszcza daleko od siebie na linii Poland-Dojczland.

No i w związku z moim ciężkim charakterem, wszystkimi moimi pojebizmami i fobią społeczną nie rozumiem jednego. Dlaczego tak przyciągam do siebie ludzi? Czym tak w nich wzbudzam zaufanie? Czemu tak zabiegają o moje towarzystwo? Nie wiem.

Równie dobrze mogę zapytać po co ludzie mnie czytają skoro pierdolę takie głupoty ;D
 

 

[Terry Pratchett w tytule pasuje chyba idealnie do tego, co wyprawiały małpiszony i tego, jak panikował Miś]


Po baaardzo aktywnym weekendzie w końcu zasiadłam w wylęgarniano-smoczanym centrum dowodzenia by wrzucić relację z niedzielnych urbexów. *

Trip zaczęłam o 9 nad ranem wraz z Misiaczkiem, M. i A.

Cel pierwszy: Alfred Nobel Dynamit Aktien Gesellschaft Christianstadt, czyli kombinat DAG Krzystkowice.
Fabryka została założona w 1939r. jako filia koncernu IG Farben. Zajmowała się produkcją materiałów wybuchowych, m.in. nitrocelulozy i heksagonu (głównego składnika c4).
W 1945r. została przejęta i rozszabrowana przez Armię Czerwoną.
Obecnie po fabryce pozostały jedynie imponujące żelbetowe konstrukcje rozrzucone po lesie. Obejście całego kompleksu i zwiedzenie wszystkich obiektów to zabawa na cały dzień.

My zaczęliśmy zwiedzanie od zbiorników na alkohol (hehehe...) metylowy. Z góry były prawdopodobnie zabudowane konstrukcją drewnianą, po bokach natomiast obsypane ziemią, by stłumić skutki ewentualnego wybuchu. Z tego też powodu są oddalone od pozostałych budynków fabryki i wysunięte najbardziej na południe.



Już na samym początku urbexu nie obyło się od strat: zeskakując z murku podarłam leginsy i majtki, bo zahaczyłam o drut. Brawo ja. Nomen omen majtki były z napisem "DOUBLE TROUBLE" xD
I jak to wygląda, że pojechałam do lasu z trzema facetami, a wróciłam w podartych majtkach xD Wstyd jak stopińdziesiąt ;D
(Uprzedzając pytania: nie, nie chodziłam z gołą dupą, to była dyskretna dziura ;D)

Zdjęć z samego DAG wyszło ok. 200, ciężko było wybrać te najciekawsze, bo jest tu dużo rzeczy do fotografowania. Najciekawsze to hale produkcyjne, żelbetowe silosy wyłożone kwasoodpornymi kafelkami, sosna wyrastająca ze ściany trafostacji, podziemne korytarze, remiza, elektrociepłownia z wysokimi kominami, rampa kolejowa z suwnicą, hale w których stały niegdyś piece na miał, kasyno - budynek administracyjny. Nie znaleźliśmy tylko oczyszczalni ścieków i Wasserwerk.






































Oprócz fajnych fotek obiektów Misio zrobił też zajebiste zdjęcia nam urbexiarzom ;D Dla znajomych do wglądu na fb.


Kolejny cel: Rhododendronpark Kromlau.

Po niemieckiej stronie mijaliśmy bar o ciekawej nazwie:
-Bar 69, ciekawe co się tu robi
-71.
-Czyli?
-69 i dwójkę ;D

Do parku rododendronów przyjechaliśmy trochę za wcześnie, bo te jeszcze nie rozkwitły. Sam Most Diabła też specjalnie nie zrobił na mnie wrażenia.



Na koniec jeszcze wycieczka do Drezna i spacer po starówce.





12 godzin w trasie z moimi najulubieńszymi łobuzami ;*
Psychicznie wypoczęłam, ale fizycznie do tej pory czuję się jak zwłoki.
A przed nami jeszcze tyle miejsc do zwiedzenia!

Czas goni, pora zmykać spać.


* wszystkie foteczki autorstwa Misia.
Tylko okrąglak z Rakotzbrucke zrobiłam ja.
 

 
"Jesteś taka jak ja, lubisz to lubisz
Troszkę pomarudzisz, później jest jak jest
A ja tak jak ty, lubię to lubię
Może trochę się gubię
Taki jestem wiesz"
(Power Play - "Lubisz to lubisz"


Piątek - wiadomo, weekendu początek, a nasz weekend zaczął się zajebiście.
Impreza w Plazie była mega, a spędziłam ją w towarzystwie trzech przystojniaków i moich dupeczek z D.City.

Przed koncertem był biforek u Misia.
"Piję whisky z colą na dobry początek i dzwonią telefony jak co piątek" ;D

Pierwszy łach wieczoru: skarpetki do sandałów (i to nie był tej nocy jedyny dowód na brak gustu Endrju xD).

Na koncercie Power Play wytańcowaliśmy się w rytmie disco polo. Cieszę się, że Misio tak się wyluzował, bo myślałam, że ten koncert będzie dla Niego męczarnią. Pozytywnie mnie zaskoczył swoim podejściem. Kochany jest, że tak się dla mnie poświęca <3
Niezaprzeczalnym mistrzem parkietu i bogiem densfloru oczywiście był M., który wymachiwał wszystkimi członkami jakimi go Bóg obdarzył tracąc przy tym poczucie rytmu i resztki godności ;D Uwielbiam tego czubka ;D

Na fajce dobra reklama: "trójnóg" ;D

Przy wejściu stało trzech koksików z nóżkami jak bociany. Gadali coś o Qczaju (moim motywacyjnym guru).
bociany: -Koleżanka zna Qczaja?
ja: -Pewnie, że znam!
-A ćwiczysz z nim?
-Nie, bo mi się nie chce.
-Koleżanka ma taką figurę, że nie musi.
M.: -<zmierzywszy mnie od stóp do głów> Mhmmm ;D


Btw trochę szok, że metalówa chodzi na disco, c'nie? ;D
No ale lubię czasem pokręcić tyłkiem przy mniej ambitnej muzyce.
A gdy po koncercie zabrzmiało "Low" Flo Ridy, to już się zaczął taniec godowy xD
("Nie widzi, nie widzi... o... paczy"
Faaajnie było ^^

Dzisiaj poranek na Turnaua:
"Konieczność istnienia ciężka jest do zniesienia"
Tymczasem na msg czekała już traumatyczna fotorelacja ;D

A w pracy trzy zwłoki i Despacito ("czuję się jak ta deska zgnito"

Byle do maja - najpierw koncert Afterparty, a dwa tygodnie później Łobuzy. Pomiędzy jeszcze bardziej kulturalne wypady: 3-majówka we Wro i Marleyki w QK.


Dobra, trzeba kończyć wpis i wreszcie się wyspać, bo jutro o 9 jadę z łobuzami w trasę. Cel: DAG Christianstadt i Rakotzbrucke w Kromlau.
Jadą świry jadą! ;D
 

 
Na szczęście nie czekam, bo mam.
Na lato nie czekam, bo dupa jeszcze zimowa.
Tylko na piątek czekam, bo idę na koncert Power Play z trzema przystojnymi mężczyznami ;D
Mój Misiek się dla mnie niewyobrażalnie poświęca, bo przecież nienawidzi takich klimatów. Musi mnie naprawdę mocno kochać <3

Niestety w związku z baletami disco polo mam problem pierwszego świata: jo patrza do szranku - jo sie nie mom w co łoblyc! A nie dość, że nie mam się w co ubrać, to jeszcze szafa mi sie nie domyka ;D Niestety w tej szafie same grunge'owe i gotyckie ciuchy albo męskie koszulki i bluzy.
Jak się ubrać, żeby jednocześnie być sobą i dopasować się do okoliczności? Nie wiem, nie wiem, nie pomogę...
Faceci mają łatwiej: żeby skompletować discopolowy outfit wystarczą trampki, dresy moro, koszula w paski i bordowa marynarka, bo "każdej mordzie dobrze w bordzie" ;D


Byle do piątku... Muszę przecież jakoś odreagować wszystkie te wkurwy.
Tępi ludzie są jak tępe noże - niby krzywdy nie zrobią, ale za to jak wkurwiają -_-
Za dużo ostatnio tej tępoty wkoło. Gadki ambitne jak rozmowy konia z dyszlem, odkrywcze w chuj. A najgorsze jest to, że ci najbardziej tępi uważają się za najmądrzejszych.
Jak to określił Stephen Hawking: "The greatest enemy of knowledge is not ignorance, it is the illusion of knowledge."


PS: zapomniałam wrzucić pewien dialog, nie ważne z kim i o kim, ale niech tu pozostanie ku pamięci:
-A ładny chociaż?
-Taki... trzytorbowy ;D
-Hahaha, przecież twój pies nie potrzebuje torby, bo sam łeb wykręca xD
(pozdro dla kumatych!)

PS2: Halo! PIP! Robią mi mobbing frytkami!

___________________________________________________________
If overthinking situations burned calories, I'd be dead.
Przezorny zawsze ubezpieczony.
 

 
Właśnie przed chwilą zakończył się największy melanż na Wylęgarni Smoków. Prawdziwy Projekt X - jeszcze tydzień temu myśleliśmy, że posiedzimy przy grillu we troje, a koniec końców nazbierało się 13 osób.

Niektórzy już wczoraj mieli biforek przed grillem, jedni "włajaż włajaż" do świtu w Plazie, inni poszukując wiadra na mieście xD
Chociaż w sumie rozgrzewka była już w psychiatryku ("Idź dopij się żulu" ;D)

Wczoraj po pracy Miś jechał do mnie i śmieszkowaliśmy z ludźmi pracy na przystanku pod C4 (kury śpiewające "Despacito" xD)

Spałam z telefonem pod poduszką, bo o 8 miała być telefoniczna pobudka, ale zamiast tego budziły mnie co chwile relacje z "włajaży" ;D

Grill zaczął się z dosyć dużą obsuwą i tylko siedząc na podwórku wypatrywaliśmy samochodów śpiewając "Jadą, jadą na zabawe" ;D
Impreza była zajebista! Dobre melo z najlepszą ekipą.
Była degustacja przetworów z szafy, muzyka z głośnika, głupawki i ciekawe dyskusje.
No i "wódka, koksy..." a reszte sobie sami dodajcie ;P

Paaadam na ryjek, zresztą pewnie nie tylko ja.
Uciekam więc.

Na koniec chciałabym jeszcze tylko podziękować wszystkim moim najukochańszym Mordeczkom ;*
I do następnego!
 

 
"Znowu wódka z red bullem, jednym machem spalam szluga
Wypuszczam powietrze, tylko dym zostaje w płucach
To moja luta, i nie obchodzi mnie czy skumasz
Tak jak ten kawałek, który w twoim audio hula"
(Paluch - "Nowy Trueschool"


Nigdy nie wierzyłam w pechowość piątku trzynastego. Wszak w ten dzień się urodziłam (hmmm, więc może jednak jest coś na rzeczy...).

O dziwo w tym tygodniu to czwartek był bardziej chujowy. Wszystko za sprawą Gestapo sp. zUo (z ułomnym ogarnięciem).
Chyba trzeba rzucić szlugi ;P

"Pechowy" piątek już minął, a mnie dalej prześladuje dziwne uczucie. Tak jakby coś siedziało mi na karku, coś co sprawia, że jeżą się włosy i człowieka ogarnia niepokój.
Coś wisi w powietrzu?

Na razie jedyne co wisi w powietrzu to chmury deszczowe, a ja modlę się o ładną pogodę na niedzielę.
Będzie dobre melo z moimi ulubionymi mordeczkami
Miało być kameralnie, a tu się zapowiada Projekt X ;D
Skala tego przedsięwziemnięcia zaczyna mnie przerażać xD

Byle tylko przeżyć sobotę, a później bajlando!

_________________________________________________________
Ściany mają uszy...
Fejsbuki mają oczy...

To jeszcze research czy już stalking?

Kłamca, kłamca, kłamca...
Tylko chujowy, bo żeby dobrze kłamać trzeba pamiętać co i komu się mówi...

Napisałabym więcej, ale...
...pisząc coś w internecie nigdy nie wiesz kto może to przeczytać.
 

 
"To regeneracja radości
Z głośników płynie no stress
Uwolnimy w tobie co najlepsze
Poczuj luz
Co nie zabije - wzmocni
Ty wiesz, oddychamy tym samym powietrzem
Więc odkrywaj, przeżywaj
By móc wspominać każdą z pięknych chwil
Poczuj luz
Czas nie odpoczywa
Więc Viva Ventura
W górę zaciśnięta pięść"
(Kamil Bednarek - "Poczuj luz"


To był intensywny weekend ;D

W sobotę po pracy poszłam z M. i A. do Afirmacji, gdzie czekał już Misiaczek z ekipą ZGK. Chillowaliśmy przy piwku i muzyce z winyli. To miał być biforek przed niedzielnym koncertem. Chociaż przed tym biforkiem też był biforek - picie ciepłej orzechówki pod sexshopem, ale za to w miłym towarzystwie ;D

W niedziele w południe bujaliśmy się z Miśkiem i M. rowerami po Goerlitz. Chłopaki chcieli jechać na Berzdorf, ale z moją kondycją umierałam już na Volksbadzie. Pojechaliśmy więc najpierw na punkt widokowy przy wiadukcie:

A potem na Weinberg, gdzie zwiedziliśmy Weinberghaus




Później chcieliśmy się dostać do opuszczonej willi, którą chciałam zwiedzić już od dawna, ale okazało się, że zamknięto wszystkie możliwe wejścia.




Po powrocie na Zgc zgarnął nas Nyga i pojechaliśmy na Berzdorf. Na placu zabaw skakaliśmy jak małpki (to chyba w myśl zasady "jesteś tym co pijesz", po tych orzechowych małpkach xD).
Fajnie było poczuć się jak dziecko, pohasać i choć przez chwilę zapomnieć o wszystkich problemach.

Zajechaliśmy też na Blaue Lagune, gdzie Misiaczek moczył kopytka w jeziorze (a woda miała 5*C).

Obeszliśmy też sortownię węgla i szukaliśmy sposobu jak dostać się do środka.





A na koniec wycieczki weszliśmy na wyciąg kopalniany (fotki z dwunożnego drona dostępne na fb ;D).

W domu szybko zjedliśmy obiad i poszliśmy na koncert reggae.

Na pierwszy ogień Jamaram - mega energetyczna kapela z Niemiec. Zajebiste chłopaki, super muzyka, a kiedy zeszli ze sceny w tłum, to już wgl był kosmos! Dla mnie zdecydowanie to właśnie oni byli gwiazdą wieczoru.

Druga gwiazda - "Kamil Bez-Nerek" xD
Reggae dla gimby, ale można było się troszkę pobujać. Zostałabym nawet do końca, ale mój Miś był już umęczony, więc wolałam iść z Nim do domu.

Wieczorem padłam na ryj i do tej pory wszystko mnie boli. Chyba jestem za stara na takie eskapady xD


Dziękuję wszystkim trzem panom M. za zajebiście spędzony razem czas
"Takie chwile jak te nie zdarzają się zbyt często. Takie chwile jak te to nasze zwycięstwo"
 

 
"Your thoughts become your enemies
When you're locked inside this cage
Life can feel dead to me and all that's left is rage
Regrets for all the times we wasted thinking of ourselves
Holding on to pain you tasted living in this hell
Don't want to go back home tonight so I drive this road alone"
(Andy Black - "Stay alive"


Miałam nic nie pisać, ale jakoś nie mogę zasnąć, więc odpaliłam kompa.

Wracając do domu przez całą drogę gapiłam się w niebo nad Wylęgarnią Smoków. Wypatrzyłam jedną spadającą gwiazdkę. Modlitwa o własne szczęście to egoizm, dlatego pomyślałam życzenie dla kogoś, kto teraz bardzo potrzebuje tego szczęścia. Może to dziecinne i naiwne, ale w pewnych sytuacjach człowiek chwyta się wszystkiego co daje nadzieję.

Kiedyś mocno wierzyłam w spadające gwiazdki. Przestałam wierzyć, gdy pierwszy raz poprosiłam o coś dla siebie i nagle wszystko w życiu zaczęło mi się pieprzyć. Ale... tak patrząc z perspektywy czasu to życzenie się spełniło. Pomyślałam "Chcę być szczęśliwa", no i przecież teraz jestem! Tylko żeby dojść do tego szczęścia, najpierw coś musiało się zepsuć.

I może tak to właśnie jest w życiu. Człowiek musi dotknąć dna, ale tylko po to, żeby się od niego odbić, by później dosięgnąć gwiazd.
Per aspera ad astra.


Info dla Insomnistów oraz wszystkich innych cierpiących na bezsenność:
Zaczynają już spadać Lirydy, a noce mamy bezchmurne, więc zachęcam do spoglądania w niebo. Może akurat spadnie dla Was jakaś gwiazdka.

good night & good luck
 

 
"Nigdy nie ma porządku na świecie. Wczoraj było za gorąco, a dziś jest za mokro. Najlepiej będzie wrócić i znowu położyć się spać"
(Tove Jansson, "W Dolinie Muminków"


Chujowa atmosfera wewnątrz i na zewnątrz...

"Los nie sprzyja czasem, nie układa się jak pasjans"
Ostatnio nie sprzyja wybitnie ;/

Dlaczego chociaż jedna rzecz nie może się ułożyć?
Dlaczego los nie chce mnie wysłuchać?
Przecież nie proszę o nic dla siebie...


Bezsilność mnie dobija i czuję się, jakby serce przygniatał mi worek mokrego piachu.


"Pić, jeść, spać, jak Tamagotchi,
Tylko pić, jeść, spać, jak Tamagotchi
Pić, nie gadać, znowu widzę dramat
No bo zawsze kiedy wyjdę w miasto idzie fama (...)
Teraz trzasnąć foto, chciałby trzasnąć foto
Znowu nieprawdziwy uśmiech jak pod wargą botoks
Pytam ją czy lubi cisze, bo jak tak to spoko"
(Taconafide - "Tamagotchi"

_________________________________________________________
Dr Zygmunt Freud w grobie się przewraca słuchając tego pierdolenia.
Ba! On się nie przewraca, on się kręci jak silnik od wiertarki -.-
 

 
Tytuł w dwóch słowach zawiera akcent świąteczny oraz opisuje moje odczucia po świętach.

Pastehah czy jak kto woli Wielkanoc (Wielkie Nic?) minęła spokojnie. W niedzielę przyjechał po mnie Synek z Synkową (i Synek żarł ciasto prowadząc xD). Później leniuchowaliśmy z Miśkiem u Niego, a w poniedziałek leniuchowaliśmy i obżeraliśmy się u mnie. Jedyną naszą aktywnością był krótki spacer. Wieczorem czekaliśmy na M., a ja stałam w oknie i paczałam czy jedzie panikując: "pewnie się gdzieś bidulek zagubił". Po powrocie do Miśka była jeszcze ustawka na chacie przy kawie i herbacie.

No a we wtorek od nowa Polska Ludowa...
W psychiatryku tabuny wygłodniałych ludzi, bo ileż można te jajce żreć i już wszyscy tęsknili za kebsem.

Była też próba ućpienia Gestapo makowcem xD

Wtorkowy łaszek dnia: Skarpetoperz xD


Do pracy i z pracy jeżdżę w tym tygodniu z braciakiem. Dzisiaj po drodze wypatrzyliśmy dwa pożary. Zaczyna się sezon wypalania traw ;/

A propos wypalania traw...
Przydałoby się kogoś upalić xD
Może przy niedzieli nadarzy się okazja ;D

BTW zapowiadał się taki ładny początek sezonu stormchasingu, ale burza ucichła na granicy ;< A już się tak jarałam patrząc na mapy na Blitzortung.


PS: są takie chwile, kiedy jednocześnie dopadają mnie wszystkie spierdolenia tego świata (Misio wie ocb).
No ale "tak nauczyłaś - tak masz"...
Może by tak chrzanić to wszystko...?
 

 
"I can see the weight on your shoulders
Afraid of letting anyone in
C'mon let them see your true self
You'll see that you're enough for them
*Please don't ever change*
*Your magic little thing*
You are beautiful the way you are
And you are you because
You have your scars
And the words can hurt like bullets
Never let them break your wings
Don't you know you're beautiful
You magic little thing?
And you should know that
You are beautiful the way you are"
(Sunrise Avenue - "Beautiful"


Chodzi mi od dawna taka rozkmina po głowie...
Tylko nie mogłam się zebrać, żeby przelać myśli na klawiaturę. Równie dobrze mogłabym je przelać na słowa, ale jakoś tak nie nadarzyła się okazja do takiej rozmowy, zresztą ja jestem upośledem społecznym i nie potrafię rozmawiać z ludźmi.


Piszę tak trochę ku pokrzepieniu serc. Sama kilka razy dostałam od życia po dupie i to pozwala mi mieć zarówno wiarę, jak i dystans.


Kiedyś byłam przekonana, że muszę się zmienić, żeby przypodobać się ludziom. Teraz już wiem co trzeba zmienić - tych ludzi na takich, którzy zaakceptują mnie taką jaka jestem.
Nie jestem zupą pomidorową żeby mnie wszyscy lubili. Po co zmieniać się na siłę? Żeby uszczęśliwić innych kosztem własnego szczęścia? Chcę być sobą a nie marionetką uszytą z ludzkich upodobań.

A jak to wygląda w związku? Przecież powinniśmy kochać się mimo wszystko i akceptować swoje wady. Moim zdaniem związek to kompromisy i nie można wymagać od drugiej osoby radykalnej zmiany samemu nic w sobie nie zmieniając. Taka trochę hipokryzja: "ty się zmień, ale mnie kochaj taką jaka jestem".

Prawdziwa miłość nigdy nie wymaga. Jeśli ktoś naprawdę cię kocha to będzie chciał cię bezinteresownie naprawić, uszczęśliwić, chronić, nie będzie cię zmieniać, bo będzie cenić cię za to, jaki jesteś naprawdę. I tak po prostu będzie w twoim życiu, bez warunków i zasad.
To nie jest wyidealizowana wizja miłości. To nie jest żadna magia. Tak powinien wyglądać poważny dorosły związek.

Prawdziwa miłość jest wtedy, kiedy w chwilowej złości dopatrujesz się zmęczenia, a nie złych intencji. Gdy w milczeniu widzisz nie brak uczucia, ale problem, z którym on czy ona chce poradzić sobie sam. Gdy we łzach dostrzegasz nie pretensję i wyrzut, ale potrzebę wsparcia i bliskości. Kiedy potrafisz wysłuchać, nim wysnujesz wnioski.

Związek powinien być bezpieczną przystanią, a nie polem walki. W życiu musisz stoczyć wystarczająco wiele bitew, a dom jest po to, by od nich odpocząć i nabrać sił.

Nie da się starać za dwoje. Można próbować i może nawet przez jakiś czas się udaje, bo wmawiasz sobie, że jest ok, że to nie jego czy jej wina. Ale w końcu coś pęka i się wie, że nie można tak dłużej. Bo po prostu jedno serce tego nie uciągnie.

Okazuje się, że piekło to nie płonąca, wrząca otchłań ognia i cierpienia. Piekło jest wtedy, kiedy ludzie, których kochasz najbardziej na świecie, sięgają po twoją duszę i wyrywają ci ją.
I robią to tylko dlatego, że mogą.

Można ciągle kogoś tłumaczyć, ciągle usprawiedliwiać, wybaczać. Można przymykać oko na to, że ktoś cię rani. Ale jak długo?
Nie ważne czy minie dzień, miesiąc czy rok. Pewne osoby zawsze wpuścisz ponownie do swojego życia. Nawet takie które cię skrzywdziły. Masz nadzieję, że tym razem wszystko będzie inaczej. Ale czy powielanie tego samego schematu ma sens? Nie lepiej ruszyć dalej?
Jeśli ktoś nie reaguje na twoje uczucie, odpuszczaj. Nie proś, nie pytaj, nie walcz. Tak często nie widzimy, że nie powinniśmy iść dalej.

Nie można dawać innym ludziom władzy nad własnym uśmiechem, poczuciem wartości i nastawieniem do życia. Każdy jest kowalem własnego losu i nie ma co się zasłaniać karmą.

Czasem żeby się pozbierać potrzeba trochę egoizmu. Kiedy lecisz samolotem, dostajesz wyraźną instrukcję, żeby w razie potrzeby najpierw założyć maskę sobie, a dopiero potem innym, którzy mogą potrzebować pomocy. To jest jedna z najlepszych życiowych porad. Nie pomożesz nikomu, jeśli samemu nie jesteś w pełni sił.


...Ale to tylko taka moja zaawansowana rozkmina. Bardzo moja i bardzo subiektywna. Nie mam na celu wpierać komuś na siłe swoich racji, jak robi to pewien samozwańczy "psycholog", który udaje, że pozjadał wszystkie rozumy i głosi, że "baby to chuje" ;P

----------------------------------------------------------------------------------------------------
Kiedy słucham czyichś smutnych historii, to z jednej strony cieszę się z tego co mam i bardziej to doceniam, ale z drugiej strony jest mi cholernie przykro, że coś, co dla mnie jest normalnością dla innych jest tylko marzeniem. Przykro mi, że cierpią ludzie, którzy na to cierpienie nie zasługują.

_________________________________________________________
"Ludzie stale pytają o twoją karierę, czy ożeniłeś się, kupiłeś dom. Jakby życie było listą rzeczy do zrobienia i odhaczenia. Nikt jednak nie zapyta, czy jesteś szczęśliwy"
(Heath Ledger)


Może znowu nie śpisz. Może to czytasz. Może powinnam Ci to powiedzieć, ale dobrze wiesz, że gadułą nie jestem.

Życzę Ci, abyś kiedyś zapytany, czego brakuje ci do szczęścia odpowiedział: "niczego".

Kiedy już powstaniesz jak feniks z popiołu to proszę, nie zmieniaj się. Bo masz dobre serducho. Nie pozwól, by ktokolwiek to w tobie zniszczył.
 

 
Służbowo nie lubię okresu przedświątecznego, nie ważne przed jakim świętem. Zawsze wygląda to tak samo - nawiedzeni klienci, nawiedzone Gestapo, generalne porządki i nowe systemy. W takich chwilach w głowie gra mi tylko "Burn MF" Five Finger Death Punch.

Dodajmy do tego kolejki w sklepach, korki na mieście (bo słoiki zjeżdżają z Germanii), "Wesołych świąt" cedzone przez zaciśnięte zęby i mamy kwintesencję Wielkanocy.

Gdy z Miśkiem widzimy reklamę Wedla i słyszymy "A psyjdzie jesce zajoncek?" to chórem krzyczymy "Nie, pazerna szmato!" xD

Ja dostałam jajko-niespodziankę od zajączka, a raczej od dużego zająca ;D
W jajku był stempelek-słonik, a ja cieszę się jak dziecko ;D


W domu zapierdziel, a kuchnia wygląda jak po wybuchu bomby. Dlaczemu? Bo mi się dwóch ciast zachciało ;/ Ale o tym w osobnym wpisie, który opatrzę zdjęciami.

Myślałam, że przynajmniej na święta będę wyglądać ładnie, ale nieee - wyskoczyły mi diody, a trzy pryszcze na jednym tuśkowym ryju to za dużo. Wysmarowałam się pudrodermem i wyglądam teraz jak pisanka ;D

Przynajmniej piątek uczciłam jak na pastafariankę przystało: było piwo i makaron ;D
Wszystkim Braciom i Siostrom w Wierze życzę Wesołego Pastehah! Niech was Jego Makaronowatość macką chlaśnie w sosjerce zanurzywszy!

A wszystkim innym złożę życzenia bardziej świeckie, bo przecież nie byłabym sobą, gdybym nie życzyła Wam jak co roku
SMACZNEGO JAJKA
...i okolic ;D
 

 
"I wanna feel alive
When I'm running through my life
So help me to ignite
This spark I feel inside
So help me now
Light me up
Light me up now, baby
Light me up
Tell me where to go"
(Gromee - "Light me up"


Blog znowu leży odłogiem, wszystko przez całą tą depresję i melanchujnie przeplataną przedświątecznym zapierdolem.
Niby mam o czym pisać, bo wiele tematów chciałabym tu poruszyć, ale jakoś czasu brak, czy może raczej brak chęci do uruchamiania kompa.

Może to też wina pogody. W marcu jak w zamrażarcu, a kwiecień też wcale nie zapowiada się obiecująco.


Mam wrażenie, że niektórzy ludzie z mojego otoczenia ćpieją ciężkie dragi. Niemożliwe, żeby mieć takie jazdy na bani na trzeźwo.

Wkurwia mnie to wszystko. Pora chyba odpalić MW3, żeby się wyżyć.


PS: Dotarła do mnie koszulka z ruskim szynszylem! Czy tam szynszylą, nie wiem. Ważne, że się jaram jak miś w płonącym lesie! Albo jak szynszyla. Albo szynszyl, whatever xD

_________________________________________________________
Czasem aż mnie korci, żeby się odezwać, żeby powiedzieć dosadnie co o tym wszystkim myślę. Ale potem dociera do mnie, że po pierwsze: to nie czas i miejsce, a po drugie: nie wiem czy sama chciałabym to usłyszeć.

Czas leczy rany i pomaga nabrać dystansu. Gdy teraz, z perspektywy lat, patrzę na moje życie, to widzę dużo więcej niż wtedy i wszystko wydaje się takie proste. Ale do tego trzeba dojść samemu. To trudna droga i nie ma tu przewodnika. Człowiek uczy się na błędach, ale tylko na swoich własnych.

Nasunął mi się temat na dłuższą rozkminę, ale może to już innym razem...
 

 
Ten dzień zaczął się od niemałego stresu. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

W psychiatryku mieliśmy patologiczny wieczór za sprawą Synka, Synkowej i Nygi. Uwielbiam tych czubków! Brakowało nam w pracy takiej konkretnej głupawki. Całe życie z wariatami <3

Niestety później już nie było tak miło. Po wysłuchaniu wykładu o tym, że powinniśmy stawiać pracę wyżej niż życie prywatne, poczułam się jak w jakimś pierdolonym Auschwitz. Arbeit macht frei, kurwa twoja mać, gestapowcu jebany -.- Brakuje ci tylko owczarka niemieckiego i hitlerowskiego wąsika.

A tu piosenka z przesłaniem:
"Burn motherfucker burn motherfucker burn
You try but you can't reach me
Burn motherfucker burn motherfucker burn
There is nothing you can't teach me
In hell
Motherfucker burn motherfucker burn
I swear you'll have to give me
Burn motherfucker burn motherfucker burn
I live but you won't let me
BURN"
(Five Finger Death Punch - "Burn MF"

...lista kurew, które powinny spłonąć sukcesywnie się wydłuża...


Jutro wieczorem będę słomianą wdową, bo Misiek jedzie na koncert. Co ja biedna pocznę? Jeśli wyjście na piwo nie wypali, to pewnie będę leżeć w łóżku i oglądać "Botoks" na Showmaxie ;P
Chyba wolałabym jednak piwo.


Przypomniałam sobie, że mam jeszcze dużą Milkę, którą dostałam na Dzień Kobiet. Zeżarłabym całą na poprawę humoru, ale przecież na wiosnę miał być healthy lifestyle i takie tam.
...
Aaa jebać! ;D
 

 
Właśnie minął Czarny Piątek. Już kolejny. To smutne, że kolejny taki czarny piątek musiał być, bo oznacza to, że nic się nie zmienia.
Można powiedzieć, że w pracy też go uczciliśmy, chociaż z racji służbowego uniformu każdy dzień pracy jest dla nas czarny.

Moje zdanie w temacie aborcji znacie, bo przedstawiałam je przy okazji poprzedniego takiego piątku. Ale musiałam napisać ten wpis, bo czytając niektóre komentarze na fejsbuku aż się we mnie gotuje.

Wiecie jaki jest największy problem z ustawą aborcyjną? Otóż taki, że wypowiadają się o niej ludzie, których ona nie dotyczy - mężczyźni, głównie kler, oraz stare prukwy z racji wieku niezdolne do rozrodu.

A może by tak zapytać o zdanie matki, które nie chcą urodzić chorego dziecka tylko po to by zmarło w męczarniach? Albo te, które nie chcą umrzeć przy porodzie osierocając przy tym swoje pozostałe dzieci. Zapytajcie kobiety chorej na raka, która będąc w ciąży nie może przyjąć chemioterapii i musi czekać do porodu, jeśli w ogóle dożyje. Zapytajcie zgwałcone kobiety, które noszą w sobie dziecko będące pamiątką po tym traumatycznym przeżyciu.

Dajcie im możliwość wybrania dla siebie tego, co uważają za najlepsze. Jeśli według nich wyjściem jest aborcja - to tylko kwestia ich sumienia. Ich, tylko i wyłącznie, i nikogo innego. Jeśli ktoś uważa, że taki wybór to pójście na łatwiznę, to się grubo myli. Czasami jest to niewyobrażalnie trudna konieczność.

Prawo do aborcji to nie przymus. Nie chcesz - nie usuwaj. Chcesz - możesz urodzić chore dziecko, jeśli jesteś gotowa wziąć na siebie takie brzemię. Tylko nie narzucaj tego innym.

Przeciwnicy aborcji demonizują całą tą walkę o prawa kobiet nazywając ją wyrażaniem zgody na mordowanie. Patrząc przez pryzmat waszej wiary i waszych przykazań: kto wtedy grzeszy? Kto ma "brudne sumienie"? Przecież nie wy, więc co was to obchodzi? Wasz Bóg po to dał ludziom wolną wolę, żeby sami o sobie decydowali. To on ma prawo sądzić ludzi za ich uczynki, a nie wy.
O ile w ogóle jest jakiś Bóg. Jeśli jest to dlaczego pozwala na poczęcie chorych dzieci? Dlaczego nie ma go w hospicjach, gdzie te dzieci później umierają? Dlaczego nie pomoże matce, której grozi śmierć podczas porodu? Gdzie jest Bóg, gdy kobiety są gwałcone? Jeśli Bóg istnieje, to musi być strasznym sadystą, skoro lubi na to patrzeć z góry...

Chcę mieć wolny wybór. Wolałabym przed nim wcale nie stawać, ale nigdy nie wiadomo co przyniesie życie. Nie wiem jak bym zareagowała. Nie jestem w stanie postawić się w sytuacji kobiety zgwałconej; kobiety która właśnie usłyszała, że jej dziecko jest ciężko upośledzone i umrze w cierpieniu zaraz po porodzie; czy w końcu kobiety, która słyszy, że jeśli zdecyduje się donosić ciążę, to może nie wrócić do dzieci czekających w domu. Nie jestem w stanie, więc nie zamierzam za takie kobiety podejmować decyzji.
Aborcja jako rodzaj antykoncepcji? Absolutnie NIE. Ale w przypadkach, które dopuszcza ustawa, zostawmy kobietom wybór.
________________________________________________________
"Głosić wzniosłe teorie o "prawie płodu do życia", znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust włożyć. I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka – którą jej "święte" macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa – nie ma dachu nad głową".
(Tadeusz Boy Żeleński, "Piekło kobiet", 1929)

Minęło tyle lat, a te słowa nadal są aktualne...
 

 
"I hope someday we'll sit down together
And laugh with each other
About these days, these days
All our troubles we'll lay to rest
And we'll wish we could come back to these days, these days
We'll wish we could come back to these days, these days"
(Rudimental feat. Jess Glynne, Macklemore & Dan Caplen - "These days"


Jakaś ta wiosna depresyjna w tym roku...
Tzn. dzisiaj miałam dobry humor, aż chciało mi się śpiewać i tańczyć, no ale jakoś tak ogólna atmosfera na to nie pozwala. Gdy widzę ten smutek to pęka mi serce...


Tak poza tym już któraś z kolei sytuacja udowodniła mi, że na przyjaciołach można polegać bardziej, niż na rodzinie. Ale jak wiadomo z rodziną to się najlepiej wychodzi na zdjęciach, i to też nie zawsze, bo jak staniesz z boku, to cię wytną.

----------------------------------------------------------------------------------------------------
"Who do you lean on
When no one’s waiting?
Why do you build walls
When you always break them?
Who do you reach to
When you never been praying?
You’re left in the dark"
(Sunrise Avenue - "Question marks"

Zaczynam rozumieć, że nie należy pukać do wszystkich zamkniętych drzwi i nie należy wchodzić we wszystkie otwarte.
_________________________________________________________
PS: mój Ty mały psychologu, może faktycznie masz rację z tym, co mi dzisiaj napisałeś. Całego świata przecież nie zbawię.
At least I've tried...
 

 
Wiosna - cieńszy przygotuj koc
Wiosna - krótsza bezsenna noc
Wiosna, wiosna w koło
A we mnie mrok
Śpiewa psychiatra nad nami
Trzeba wspomóc się lekami
Wszystko kwitnie w koło
Tylko nie ja


Taką oto radosną piosenką witam wiosnę. Chociaż co to za wiosna, kiedy śniegu -15 i mrozu po kolana. Ja chcę już ciepełko!

Pogodowo jeszcze nie ma wiosny, mentalnie tym bardziej, a w psychiatryku to już wgl jesień średniowiecza. Mam ochotę potraktować Gestapowca jak Marzannę - czyli podpalić i wrzucić do rzeki.


Myślałam, że wszystko będzie szło w dobrym kierunku. Jest chujowo, ale stabilnie. Ale widocznie już za długo było dobrze. Zawsze coś się musi zjebać.

Ech, jak już leżę w łóżku to wypadałoby iść spać (tak, wrzucam wpis z telefonu, to do mnie nie podobne). Wystarczy bezsenności na jakiś czas.


PS: wczorajszy łaszek wieczoru: "Marta ostra jak petarda" xD
Ale mi ten Bąbel słodzi, no no ;D

A drugi łaszek: "Czwórkami by szły jak na Westerplatte" xD
 

 
"You don't know were this will go
It's something strong, could all go wrong
These are the times when
You're supposed to be afraid to take a step
But still you do, 'cause you need to
Keep your head above water, you can do much better
Never let go, never let go
And it's now or never, we can do this together
Never let go, never let go
You must be scared, and feelin' small
You're on your own, with all your thoughts
That wooden bridge one step away
might not be strong enough to walk
But there is a chance"
(Sunrise Avenue - "Never let go"


Bywa tak, że ktoś, kogo znasz krótko, jest ci bliższy niż ktoś, kogo znasz całe życie. Może czasem mylę się co do ludzi, ale chyba potrafię poznać, czy ktoś ma dobre serducho. Gdy się spotka takiego człowieka nie można go zostawić samemu sobie, trzeba go otoczyć opieką, bo zły świat go zrani.

"Gdy masz miękkie serce obyś dupy nie miał szklanej" - ja mam i jedno i drugie. Nie zmienię się, mimo że ludzie mówią, że życie mnie zniszczy. Wielu ludziom ufałam, wiele razy się sparzyłam, ale to nie znaczy, że teraz stanę się obojętna na ludzką krzywdę.

Niepojęte jest dla mnie to, że niektórych nie stać na najdrobniejsze ludzkie odruchy, a każda pomoc jest traktowana jak czyn bohaterski, chociaż powinna być czymś zupełnie normalnym.
Świat jest piękny, tylko ludzie to kurwy.
Największy problem XXI wieku: tyle jest mięsa w mięsie ile człowieka w człowieku.

Nie sztuką powiedzieć "Jestem". Trzeba jeszcze być. Czasem największą pomocą jest po prostu obecność drugiej osoby. Sama świadomość, że ktoś myśli, martwi się, wysłucha gdy potrzebujesz się wygadać. Nie jestem wróżką, która naprawi wszystko dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ani psychologiem, który uleczy wszystkie troski. Nie potrafię stawiać drogowskazów i udzielać rad. Potrafię za to być dobrym słuchaczem i w razie potrzeby tulaczem.


"Tell me 'bout the road you've chosen
Tell me 'bout the signs of life
Tell me how much you're hoping
That it's gonna be all right
Tell me 'bout the smile you're faking
Show me all the scars you have
Even if your heart is aching
Let me say it's not that bad
You can be the one, you can be the light
You can be the star that shines at night
Never let your flag go down
Never let your flag go down
You can win the fight, you will be amazed
You can make it change in a million ways
Never let your flag go down
Never let your flag go down"
(Sunrise Avenue - "Flag"


PS: Dziękuję za to, co powiedziałeś mi wczoraj przez telefon. Takie słowa utwierdzają mnie w przekonaniu, że było warto.
Fajnie było dzisiaj wreszcie zobaczyć uśmiech na tym pysku ;D
 

 
"I love your eyes, they smile at me
They say don't be afraid
We're heading for what we both need
And I know we ain't too late
Horizon's far and hard to see
But I'm sure we can make it"
(Sunrise Avenue - "Point of no return"


W sobotę po pracy byliśmy z Miśkiem na koncercie punkowym w Qlturkombinacie. To był taki nasz wstęp do świętowania naszej trzeciej rocznicy.
Na imprezie nie zabawiliśmy długo, ale ważne, że zobaczyłam znajome mordeczki. No i uwieczniliśmy z Misiem na zdjęciu nasz dopasowany outfit - flanelowe koszule i metalkutte ;D

Wolna niedziela minęła nam leniwie w łóżku przed telewizorem, z przerwą na gotowanie chińszczyzny. Mieliśmy jechać na tripa z Syneczkiem, ale stracilibyśmy cały dzień w trasie.

Potrzebowaliśmy tego dnia tylko dla siebie. Dużo się ostatnio działo i skupialiśmy się na innych sprawach, zamiast na sobie. W tą niedzielę wszystko nadrobiliśmy.

__________________________________________________________
To już trzy lata... Od trzech lat jestem dziewczyną najcudowniejszego mężczyzny na świecie, a od półtora miesiąca jestem Jego narzeczoną <3

Nigdy nie przypuszczałam, że spotkam na swojej drodze kogoś tak wspaniałego. Nigdy nie myślałam, że będę tak niewyobrażalnie szczęśliwa.

Tego uczucia nie potrafię opisać słowami. W jednej osobie mieści się cały mój świat, wszystko czego pragnę i czego szukałam całe życie.

Pamiętam te nasze nieśmiałe początki. Dobrze, że wtedy byłam taka zawzięta. Prawdziwe szczęście docenia się wtedy, gdy spojrzy się wstecz i jeszcze raz odczuje minione chwile. Nasze nocne pogaduchy, pierwsza randka i pierwszy pocałunek na który tak długo czekałam, wspólne słuchanie reggae, spacery po Goerlitz, aż do tego dnia, kiedy pierwszy raz powiedział "Kocham Cię".

Jesteśmy dla siebie stworzeni. Pasujemy do siebie idealnie. Jeśli się nad tym zastanowić, mieliśmy wielkie szczęście, że się w ogóle odnaleźliśmy.

Kocham Go najmocniej na świecie i będę kochać do końca życia ;*
I mam nadzieję, że On tak długo ze mną wytrzyma ;D

"Cause if you love somebody like me
Can only mean that you're crazy
Just as crazy as me and
That's why I love you baby
I'm not a superman and
I ain't got no masterplan
Let's just take is all as it goes
Cause if you love somebody like me
You gotta be crazy"
(Sunrise Avenue - "Somebody like me"
 

 
"I remember the time
The time that we had
I remember the things that used to make you mad
And I wish I could turn back the time
And I wish I wouldn't cry every night
I remember the time"
(Nana - "Remember the time"


Wiecie, że bardzo empatyczni ludzie mają w życiu strasznie przesrane? Bo próbując pomóc komuś, usiłując zdjąć z jego barków choć część tego ciężaru, nie są świadomi, że mogą go nie unieść i ten ciężar ich przygniecie.

Chodzę jak struta, za mało śpię, za dużo palę i ciągle się zawieszam, bo myślę co by tu zrobić. Tymczasem telefon rozgrzewa się do czerwoności. Ale to wszystko na moje własne życzenie. Wiedziałam czego się podejmuję i zrobiłam to z pełną świadomością idących za tym konsekwencji. Nie umiałabym inaczej. Mam dobre serce, nawet jeśli czasem źle go używam.

Usłyszałam dzisiaj od kogoś: "-Uważaj, bo zepsujesz sobie głowę".

I nie tylko głowę można w ten sposób zepsuć. Skupiając się na jednej rzeczy trochę zaniedbałam coś ważniejszego. Złożyło się na to kilka drobnych niedociągnięć, odkładanie na drugi plan czegoś, co zawsze powinno być dla mnie priorytetem. Przepraszam...

Przykro mi, że nie potrafię uszczęśliwić wszystkich jednocześnie. Chcę dobrze, a wychodzi jak zwykle...
Zawsze powtarzam ludziom, że we wszystkim powinni znaleźć złoty środek, a sama się do tego nie stosuję.

_________________________________________________________
Wracaj już do nas, bo nie ma komu jeża przestawić